top of page

Dlaczego sesja zaczyna się zanim pojawi się aparat

  • Zdjęcie autora: Gabriela Olszewska
    Gabriela Olszewska
  • 1 godzinę temu
  • 3 minut(y) czytania

Od czasu do czasu ktoś pyta, jak wygląda sesja. Co trzeba zrobić, jak się przygotować, czy trzeba umieć pozować, czy trzeba coś ze sobą przynieść, czy trzeba się wcześniej nauczyć siebie w taki sposób, w jaki później będzie się siebie oglądać na zdjęciach. I zawsze mam wtedy wrażenie, że to pytanie dotyczy czegoś, co w istocie jeszcze się nie zaczęło.


Bo sesja, w naszym rozumieniu, nie zaczyna się w momencie, w którym pojawia się aparat. Nie zaczyna się nawet wtedy, kiedy ktoś staje przed obiektywem. Zaczyna się wcześniej, w przestrzeni, której nie da się tak łatwo opisać, bo nie ma w niej jeszcze nic, co można by nazwać działaniem.


Zaczyna się od spotkania.



Czasem przy kawie, czasem w drodze przez łąkę, czasem w ciszy, która pojawia się między zdaniami rozmowy, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle będzie coś więcej niż tylko rozmowa. Siedzimy wtedy razem i mówimy o rzeczach zwyczajnych. O tym, co było wczoraj, o tym, co się nie udało, o tym, co jest trudne, o tym, co lekkie. O filmach, które zostały w głowie dłużej niż powinny. O książkach, które nie kończą się na ostatniej stronie. O codzienności, która czasem przychodzi za szybko, a czasem za wolno.


I dopiero w tym wszystkim zaczyna pojawiać się coś jeszcze. Coś, czego nie planujemy i czego nie da się przyspieszyć.


Zaufanie.


Nie takie, które się deklaruje, ale takie, które po prostu się wydarza. Nagle ktoś przestaje się zastanawiać, czy dobrze siedzi, czy dobrze wygląda, czy dobrze trzyma ręce. I zaczyna po prostu być. Czasem trwa to kilka minut, czasem dłużej, a czasem dzieje się tak naturalnie, jakby wcale nie było momentu przejścia.



Właśnie wtedy fotografia zaczyna mieć sens.


Bo dopiero wtedy można zobaczyć człowieka nie jako obraz do stworzenia, ale jako obecność, która już istnieje. I która nie potrzebuje poprawiania, dopowiadania ani ustawiania. Potrzebuje jedynie chwili, w której ktoś przestanie ją oglądać z dystansu, a zacznie ją widzieć naprawdę.


Zawsze zwracam uwagę na ciało.


Nie jako na formę, którą trzeba ułożyć, ale jako na coś, co ma swoją pamięć. Czasem ktoś siada tak, jakby przepraszał za swoją obecność. Czasem trzyma dłonie w taki sposób, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Czasem widać napięcie, które nie ma nic wspólnego z fotografią, a wszystko z życiem, które dzieje się poza nią.


I wtedy nie poprawiamy wszystkiego naraz. Nie dlatego, że nie możemy, ale dlatego, że ciało zawsze mówi pierwsze. Jeśli coś jest dla niego niewygodne, nawet jeśli wygląda dobrze, to nie ma sensu tego zatrzymywać. Szukamy więc innych rozwiązań. Innego światła. Innego kąta. Innej chwili.


Czasem jednak nie robimy nic.


Bo są momenty, w których najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest nie przeszkadzać. Kiedy kobieta nagle przestaje myśleć o tym, jak wygląda i zaczyna być w tym, co się dzieje, wtedy każde słowo byłoby już nadmiarowe. Każda korekta byłaby ingerencją w coś, co właśnie zaczęło się układać samo.


W takich chwilach fotografia staje się obserwacją, nie interwencją.


Patrzymy więc. Uważnie, ale bez potrzeby zmieniania czegokolwiek. Czasem tylko światło przesuwa się po ścianie albo przez liście. Czasem ktoś odwraca wzrok w stronę okna. Czasem pojawia się uśmiech, którego nikt nie planował. I trudno wtedy powiedzieć, co jest ważniejsze: to, co widać, czy to, co przestało być napięciem.


Nie wierzę w idealne pozy.


Wierzę w momenty, w których człowiek przestaje się kontrolować. Nie dlatego, że traci nad sobą panowanie, ale dlatego, że na chwilę przestaje być dla siebie obserwatorem. I wtedy dzieje się coś, co trudno nazwać inaczej niż obecnością.



Fotografia, która z tego powstaje, nie jest dowodem na to, jak ktoś wyglądał. Jest śladem tego, jak ktoś był.


Dlatego tak trudno odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda sesja.


Bo gdyby miała być tylko tym, co widać na zdjęciach, można by ją opisać w kilku zdaniach. Ale ona zaczyna się dużo wcześniej i kończy dużo później, w miejscach, których nie da się sfotografować.


W rozmowie, która nie miała być ważna, a stała się początkiem.


W ciszy, która nie była planowana, a okazała się potrzebna.


W spojrzeniu, które po raz pierwszy od dawna nie ocenia.


A potem, dopiero potem, pojawia się aparat.


I właściwie można by powiedzieć, że jest tylko świadkiem tego, co już się wydarzyło.

 
 
 

Komentarze


bottom of page