top of page

O tym, czego nie da się policzyć

  • Zdjęcie autora: Gabriela Olszewska
    Gabriela Olszewska
  • 5 dni temu
  • 3 minut(y) czytania

Od czasu do czasu ktoś pyta, czy można kupić u nas mniej zdjęć. Pięć. Trzy. Jedno. Za mniejszą kwotę. Nie ma w tym pytaniu nic niewłaściwego. Przeciwnie – jest ono bardzo naturalne. W świecie, który od dawna przyzwyczaił nas do porównywania, wyceniania i mierzenia wszystkiego, pytanie o liczbę wydaje się najbardziej oczywiste. Liczymy czas, kroki, przeczytane książki, obejrzane filmy, kilometry przebiegnięte o poranku. Zaczęliśmy wierzyć, że skoro coś daje się policzyć, to łatwiej będzie zrozumieć jego wartość.


A jednak są doświadczenia, które nie poddają się tej logice. Można policzyć strony powieści, ale nie sposób policzyć tego, ile razy odkładaliśmy ją na kolana tylko po to, żeby przez chwilę pobyć z jednym zdaniem. Można zmierzyć długość koncertu, lecz nikt nie potrafi powiedzieć, w której minucie muzyka przestała być dźwiękiem, a stała się wspomnieniem. Można wreszcie policzyć fotografie oddane po sesji, ale czy naprawdę to one są tym, co zabieramy ze sobą do domu?


Pomyślałam wtedy, że pytanie o pięć zdjęć przypomina próbę kupienia ostatniej strony powieści. Owszem, można ją przeczytać. Można nawet dowiedzieć się, jak kończy się historia. Tylko że zakończenie nigdy nie niesie w sobie całej książki. Jest jedynie miejscem, do którego prowadziły wszystkie wcześniejsze strony, wszystkie przemilczenia, wszystkie chwile, kiedy autor pozwalał nam iść wolniej, niż mielibyśmy na to ochotę.


Coraz częściej odnoszę wrażenie, że przestaliśmy ufać drodze. Interesuje nas przede wszystkim rezultat. Gotowy obraz. Gotowa odpowiedź. Gotowe rozwiązanie. Chcielibyśmy jak najszybciej znaleźć się na końcu, jakby to właśnie tam czekało wszystko, co najważniejsze. Tymczasem życie z zadziwiającą konsekwencją uczy czegoś zupełnie odwrotnego. Najgłębsze zmiany dokonują się wtedy, kiedy pozornie nie dzieje się nic. Kiedy siedzimy z kimś przy stole. Kiedy milczymy podczas spaceru. Kiedy świat zwalnia na tyle, że zaczynamy słyszeć własne myśli.


Może właśnie dlatego każdą sesję rozpoczynamy od spotkania. Nie z przyzwyczajenia ani z dobrze zaplanowanego scenariusza. Robimy to, ponieważ wierzymy, że zanim człowiek stanie przed obiektywem, powinien mieć szansę po prostu być. Bez konieczności wyglądania w określony sposób. Bez pośpiechu. Bez poczucia, że od pierwszej minuty należy coś udowodnić.



Czasem jest to kawa wypita powoli w pobliskiej kawiarni. Innym razem koc rozłożony na trawie, kubek jeszcze ciepłej herbaty i rozmowa, która niespodziewanie schodzi na książki, dzieciństwo, podróże albo film obejrzany kilka dni wcześniej. Nie szukamy tematów. Pozwalamy im przyjść. Z doświadczenia wiemy, że człowiek otwiera się nie wtedy, gdy ktoś zadaje właściwe pytania, lecz wtedy, gdy czuje, że nie musi na nie odpowiadać.


Dopiero później pojawia się aparat. Zawsze wydawało mi się dziwne, że właśnie on stał się symbolem fotografii. Przecież jest tylko narzędziem. Tymczasem najważniejsza część naszej pracy wydarza się tam, gdzie nie słychać migawki. W uważnym patrzeniu. W dostrzeganiu napięcia ramion, którego właścicielka jeszcze nie zauważyła. W zauważeniu dłoni, która bezwiednie zaciska się na materiale sukienki. W krótkiej chwili ciszy, kiedy kobieta przestaje myśleć o tym, jak wygląda, a zaczyna być po prostu obecna.



Nie szukamy idealnych póz. One zresztą istnieją tylko w katalogach. Każde ciało ma własną pamięć, własny sposób poruszania się, własną historię zapisaną w barkach, szyi, oddechu. To, co jednej osobie daje lekkość, drugiej odbiera swobodę. Dlatego nie uczymy kobiet wyglądać. Staramy się raczej stworzyć przestrzeń, w której mogą przestać myśleć o wyglądaniu.


Być może właśnie dlatego niekiedy zapada cisza. Taka dobra cisza, której nie trzeba się bać. W tych momentach nie podpowiadamy niczego. Nie poprawiamy włosów. Nie prosimy o uśmiech. Człowiek, który naprawdę spotyka się ze sobą, nie potrzebuje wielu słów. Potrzebuje tylko czasu, by nikt mu tego spotkania nie przerywał.


Fotografia jest wtedy jedynie świadkiem. Nie twórcą tej chwili. Świadkiem.


I chyba właśnie to próbujemy chronić, kiedy ktoś pyta, czy można kupić mniej zdjęć. Nie bronimy liczby fotografii ani naszego cennika. Bronimy pewnego sposobu patrzenia na świat, w którym wartość nie rodzi się z efektu, lecz z doświadczenia. W świecie przyzwyczajonym do szybkiej konsumpcji łatwo uwierzyć, że płacimy za przedmiot. Tymczasem są rzeczy, których nie kupuje się po to, by je posiadać. Kupuje się je po to, by coś w nas mogło się wydarzyć.


Nie każda kobieta tego szuka. I to jest piękne. Nie każda książka trafia do każdego czytelnika. Nie każdy obraz zatrzymuje każdego przechodnia. Sztuka nigdy nie próbowała być dla wszystkich, bo wtedy musiałaby zrezygnować z własnego języka.


My również nie chcemy przekonywać nikogo na siłę. Chcemy jedynie zaprosić do świata, w którym fotografia nie zaczyna się od aparatu i nie kończy na gotowym zdjęciu. Zaczyna się znacznie wcześniej – od uważności. Od rozmowy. Od odwagi, by choć na chwilę przestać oglądać siebie oczami świata i spróbować zobaczyć się własnym spojrzeniem.


Jeżeli potem powstają fotografie, to tylko dlatego, że ktoś odważył się naprawdę być.


A wszystko, co prawdziwe, zawsze zostawia po sobie ślad.



 
 
 

Komentarze


bottom of page