top of page

Pre-Rafaelici i romantyzm niedopowiedzenia w portrecie

  • Zdjęcie autora: Gabriela Olszewska
    Gabriela Olszewska
  • 27 cze
  • 4 minut(y) czytania

Zastanawiam się czasem, dlaczego niektóre obrazy zostają z nami na lata, a inne znikają z pamięci niemal natychmiast. Przecież widzimy ich każdego dnia setki. Przesuwamy je palcem po ekranie, mijamy w pośpiechu, zapominamy szybciej, niż zdążymy się nad nimi zatrzymać. A jednak zdarza się czasem obraz, który nie chce odejść. Wraca po tygodniu, po miesiącu, czasem po latach. Nie dlatego, że przedstawiał coś niezwykłego. Często właśnie przeciwnie. Kobietę stojącą przy oknie. Twarz zwróconą ku światłu. Dłonie spoczywające bezwiednie na kolanach.


I myślę, że dzieje się tak dlatego, że człowiek nigdy nie szukał w obrazach samego świata. Szukał w nich siebie.


Patrząc na obrazy prerafaelitów, mam wrażenie, że oni doskonale to rozumieli. Ich bohaterki rzadko coś robią. Nie uczestniczą w wydarzeniach. Nie są uchwycone w kulminacyjnym momencie historii. Najczęściej po prostu trwają. Zamyślone. Nieobecne. Jakby stały na granicy między tym, co wydarzyło się przed chwilą, a tym, co dopiero ma nadejść.

A przecież właśnie tak pamiętamy ludzi, którzy byli dla nas ważni.


Nie pamiętamy wszystkich rozmów. Nie pamiętamy kolejności zdarzeń. Pamiętamy raczej sposób, w jaki ktoś siedział przy stole. Jak odgarniał włosy za ucho. Jak patrzył przez okno podczas deszczu. Pamięć nie zatrzymuje życia w jego całości. Wybiera drobiazgi i z nich buduje opowieść.


Może dlatego te obrazy wydają się tak bliskie. Bo nie opowiadają historii. Są jak wspomnienie historii.


Pani z Shalott, 1888, John William Waterhouse
Pani z Shalott, 1888, John William Waterhouse
Ofelia, 1851-1852, John Everett Millais
Ofelia, 1851-1852, John Everett Millais

Kobieta jako tajemnica, nie temat


Patrząc na wiele współczesnych obrazów, odnoszę czasem wrażenie, że człowiek stał się zbyt widoczny. Wszystko zostało pokazane, wyjaśnione, nazwane. Nie pozostawiono miejsca na domysł, na pytanie, na ciszę.

Tymczasem najbardziej fascynujący ludzie, jakich spotkałam w życiu, nigdy nie dali się poznać do końca.


Myślę o kobietach, które fotografuję. O tych wszystkich rozmowach prowadzonych przed sesją. O historiach opowiadanych półgłosem. O zdaniach urywanych w połowie, bo trudno było znaleźć właściwe słowo. Człowiek przecież nie jest historią, którą można zamknąć w kilku akapitach. Nawet sam siebie nie rozumie do końca.


Prerafaelici zdawali się o tym pamiętać.

Ich bohaterki nie są odpowiedzią. Są pytaniem.

Patrzą gdzieś poza kadr. Myślą o czymś, czego nie znamy. Noszą w sobie życie, którego możemy się jedynie domyślać. I właśnie dlatego wydają się prawdziwe.


Bo prawda o człowieku nie polega na tym, że wszystko o nim wiemy.


Polega na tym, że zawsze pozostaje coś, czego nie wiemy.


Persefona, 1874, Dante Gabriel Rossetti
Persefona, 1874, Dante Gabriel Rossetti

Natura nie była tłem


Dziś przywykliśmy myśleć o krajobrazie jak o dekoracji. Jest czymś, co znajduje się za człowiekiem. Tłem dla wydarzeń. Scenografią.

Tymczasem w obrazach prerafaelitów natura wydaje się pamiętać razem z bohaterami.

Kiedy patrzę na ich obrazy, odnoszę czasem wrażenie, że trawy wiedzą więcej niż ludzie. Że woda przechowuje czyjąś historię. Że drzewa są świadkami zdarzeń, których już nikt nie potrafi opowiedzieć.


Być może bierze się to stąd, że człowiek przez większą część swojego życia nie oddzielał siebie od świata. Żył pośród pól, rzek, lasów. Patrzył na te same drzewa przez całe życie. Wracał tymi samymi drogami. Zostawiał swoje wspomnienia nie tylko w pamięci, ale również w miejscach.

Mam czasem takie poczucie podczas fotografowania, że kobieta stojąca pośród wysokich traw nie znajduje się obok krajobrazu. Jest jego częścią. Tak samo jak światło, które pada na jej twarz. Tak samo jak wiatr poruszający włosy.


Dlatego tak często wybieram naturę.

Nie dlatego, że jest piękna.


Piękne bywają także miasta.


Natura interesuje mnie dlatego, że nie udaje. Nie oczekuje niczego. Pozwala człowiekowi być sobą. A czasem potrafi opowiedzieć o nim więcej, niż on sam byłby w stanie powiedzieć.


Hylas i nimfy (fragment), 1896, John William Waterhouse
Hylas i nimfy (fragment), 1896, John William Waterhouse

Romantyzm niedopowiedzenia


Żyjemy w świecie wyjaśnień.


Wszystko powinno być jasne. Jednoznaczne. Natychmiast zrozumiałe.


A jednak najbardziej poruszające doświadczenia naszego życia rzadko takie są.


Nie umiemy dokładnie wyjaśnić, dlaczego zakochaliśmy się właśnie w tej osobie. Dlaczego tęsknimy za miejscem, do którego nie wracaliśmy od lat. Dlaczego pewien zapach albo fragment melodii potrafi nagle otworzyć drzwi do świata, który wydawał się dawno zamknięty.

Najważniejsze rzeczy dzieją się często poza językiem.


Myślę, że prerafaelici rozumieli to intuicyjnie.

Ich obrazy nie opowiadają wszystkiego. Zostawiają przestrzeń. Ciszę. Puste miejsce, które musi wypełnić sam widz.


Fotografia, którą najbardziej kocham, działa podobnie.


Nie interesuje mnie obraz, który wyjaśnia wszystko od pierwszego spojrzenia. Znacznie bardziej pociąga mnie taki, do którego wraca się po raz drugi. I trzeci. Taki, który za każdym razem opowiada trochę inną historię.

Bo czasem najpiękniejsze w obrazie jest nie to, co pokazuje.


Lecz to, czego nie pokazuje.


Lady Lilith, 1866-1868, Dante Gabriel Rossetti
Lady Lilith, 1866-1868, Dante Gabriel Rossetti

Dlaczego wracamy do takich obrazów


Zastanawiam się czasem, czy tęsknota naprawdę dotyczy przeszłości.


Może tęsknimy nie za tym, co było, lecz za sposobem, w jaki przeżywaliśmy świat.

Za czasem, kiedy człowiek potrafił siedzieć przez godzinę przy oknie i patrzeć na deszcz. Kiedy droga była ważniejsza od celu. Kiedy nie każda chwila musiała zostać udokumentowana, żeby była prawdziwa.


Patrząc na obrazy prerafaelitów, mam poczucie obcowania z pewnym rodzajem spokoju. Nie dlatego, że przedstawiają szczęśliwy świat. Często jest w nich smutek. Samotność. Oczekiwanie.


Ale jest też zgoda na to, że życie nie musi być nieustannie wypełnione działaniem.

Że człowiek może po prostu być.

I może właśnie tego najbardziej nam dziś brakuje.


Nie pięknych sukien.

Nie dawnych czasów.

Tylko przestrzeni, by pobyć chwilę ze sobą.


Czego uczą mnie prerafaelici o fotografii


Im dłużej fotografuję, tym mniej interesuje mnie perfekcja.


Coraz rzadziej szukam idealnej pozy. Idealnego spojrzenia. Idealnego kadru.


Znacznie bardziej interesuje mnie moment, w którym ktoś na chwilę zapomina o aparacie.

Kiedy przestaje pozować.


Kiedy wraca do siebie.


Myślę, że właśnie dlatego obrazy prerafaelitów są mi tak bliskie.


Bo przypominają, że człowiek nie jest sumą swoich gestów, ubrań czy ról. Jest historią, która nieustannie się dopisuje. Historią pełną niedomknięć, przemilczeń i pytań bez odpowiedzi.


A fotografia, kiedy jest dla mnie najważniejsza, nie próbuje tej historii zamknąć.

Próbuje tylko zatrzymać na chwilę światło, które przez nią przechodzi.


Zamiast zakończenia


Nie fotografuję kobiet po to, by pokazać, jak wyglądają.


Fotografuję je po to, by pokazać coś znacznie trudniejszego do uchwycenia.


Chwilę, w której są blisko siebie.


Taką, którą być może kiedyś będą wspominać nie przez pryzmat szczegółów, ale przez światło. Przez nastrój. Przez uczucie.


Dokładnie tak, jak pamięta się najważniejsze rzeczy.


Nie w ostrości.


Lecz w czułości.

 
 
 

Komentarze


bottom of page