top of page

Nie każda historia jest naszą historią

Zdjęcie autora: Gabriela Olszewska
Gabriela Olszewska
29 sie
7 minut(y) czytania

W poniedziałek, jak zwykle, zaczęłam pisać o czymś zupełnie innym. Mam taki zwyczaj, że na początku tygodnia otwieram pusty dokument i zapisuję pierwsze zdania, choć jeszcze nie zawsze wiem, dokąd mnie zaprowadzą. Tym razem miałam w głowie zupełnie inny temat, ale zanim zdążyłam się nim na dobre zająć, przyszła wiadomość od kobiety zainteresowanej sesją. Zaczęłyśmy rozmawiać i, jak zawsze, pytałam o to, co ją przyciąga w fotografii, czego szuka, jak wyobraża sobie nasze spotkanie, co chciałaby zobaczyć na swoich zdjęciach. Lubię te pierwsze rozmowy, bo właśnie wtedy często okazuje się, czy patrzymy w podobną stronę. Nie musimy przecież widzieć wszystkiego tak samo. Wystarczy, że pewne rzeczy mają dla nas podobne znaczenie.


W tej rozmowie dość szybko poczułam jednak, że tym razem patrzymy inaczej. Sesja miała być kobieca, trochę odważniejsza, miała mieć w sobie więcej tego, czego zwykle szukamy w fotografii, ale sposób, w jaki obie strony rozumiały tę odwagę, kobiecość i samą fotografię, był inny. Nie było w tym nic złego. Nie każda osoba, która jest ciekawa, interesująca czy po prostu sympatyczna, musi być jednocześnie osobą, z którą powinniśmy pracować. Nie każda historia, która jest warta opowiedzenia, jest historią, którą potrafimy opowiedzieć własnym językiem.


Pod koniec rozmowy padło zdanie, które zostało ze mną na dłużej. Kobieta napisała mniej więcej, że gdybyśmy po prostu mieli na stronie gotową sesję do kupienia, to przecież i tak by ją wykupiła, a wtedy musielibyśmy ją wykonać.


No tak. Musielibyśmy.


I właśnie dlatego nie mamy na stronie przycisku, który pozwala wybrać sesję, zapłacić i wpisać się do kalendarza. Nie dlatego, że chcemy utrudniać dostęp do tego, co robimy. Nie dlatego, że uważamy się za kogoś, do kogo trzeba najpierw zdać egzamin. Po prostu od początku wiedzieliśmy, że chcemy wiedzieć, z kim będziemy pracować. Chcemy usłyszeć kilka zdań. Chcemy poznać powód, dla którego ktoś do nas napisał. Chcemy wiedzieć, czego szuka i czego się spodziewa. Chcemy też móc powiedzieć: myślę, że możemy stworzyć razem coś ważnego. Albo, czasem, równie uczciwie: myślę, że nie jesteśmy właściwymi osobami dla siebie.


To drugie jest trudniejsze do powiedzenia, szczególnie wtedy, kiedy prowadzi się własną pracę i łatwo zacząć myśleć o każdej wiadomości jak o potencjalnym zamówieniu. Można przecież policzyć liczbę zapytań, liczbę rezerwacji, liczbę sesji w miesiącu. Można spojrzeć na kalendarz i pomyśleć, że pusty termin powinien zostać zapełniony. Tylko że nie wszystko, co można wpisać do kalendarza, powinno się w nim znaleźć.


Być może właśnie dlatego coraz mniej lubię słowo „klientka”. Nie dlatego, że jest niewłaściwe. Jest przecież prawdziwe. Świadczymy usługę, ktoś za nią płaci, my wykonujemy swoją pracę. Nie ma sensu udawać, że tego elementu nie ma. A jednak za każdym razem, kiedy wypowiadam to słowo, czuję w nim pewien dystans. Klientka i usługodawca. Zamawiający i wykonujący. Dwie strony transakcji, które spotykają się na określony czas, żeby jedna z nich otrzymała określony rezultat.


A przecież to zupełnie nie opisuje tego, co dzieje się między nami.



Niedawno, po jednej z sesji, usłyszeliśmy od kobiety coś, co bardzo mnie poruszyło. Powiedziała, że nie chciałaby nazywać siebie naszą klientką, bo wcale się tak nie czuła. Pomyślałam wtedy, że chyba właśnie o to nam chodzi. Nie o to, żeby zaprzeczać temu, że wykonujemy pracę, ale żeby ta praca nie była jedyną rzeczą, która wydarza się między nami. Bo przecież zanim powstanie pierwsze zdjęcie, jest już rozmowa. Jest oczekiwanie. Jest czas, który sobie dajemy. Jest próba zrozumienia, czego właściwie szukasz. Podczas sesji jest uważność, obserwowanie, rozmowa, czasem cisza. Potem jest selekcja zdjęć, obróbka, przygotowanie galerii. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zaczyna się coś, czego nie da się już tak łatwo nazwać usługą.


Relacja.


Nie wielkie słowo, nie deklaracja przyjaźni, nie obietnica, że od tej chwili będziemy częścią swojego życia. Po prostu relacja między dwiema osobami, które przez kilka godzin spotkały się naprawdę, a nie tylko na chwilę pojawiły się po dwóch stronach aparatu.


I chyba właśnie dlatego tak ważne jest dla nas to pierwsze spotkanie, nawet jeśli na początku odbywa się tylko za pośrednictwem kilku wiadomości. Chcemy poczuć, czy jest w tym jakieś wspólne miejsce. Czy możemy się spotkać nie tylko wokół fotografii, ale również wokół sposobu patrzenia na świat. Czy to, co dla nas jest ważne, ma szansę być ważne również dla Ciebie.


Nie chodzi o to, żebyś znała Vermeera czy Rembrandta. Nie chodzi o to, żebyś miała takie same inspiracje jak my. Nie trzeba przecież kochać tych samych filmów, czytać tych samych książek ani patrzeć na sztukę w taki sam sposób. Chodzi o coś znacznie prostszego i jednocześnie trudniejszego do sprawdzenia: o pewną wrażliwość na drugiego człowieka. O gotowość, żeby na chwilę odłożyć kontrolę. O zaufanie. O przekonanie, że fotografia może być czymś więcej niż zbiorem ładnych obrazów.


Bo mieliśmy już takie sesje, podczas których wszystko technicznie się zgadzało. Światło było dobre. Zdjęcia wyszły. Nie było powodu, żeby powiedzieć, że wykonaliśmy złą pracę. A jednak po wszystkim pozostawało we mnie coś w rodzaju niedosytu. Jakbyśmy zrobili wszystko, co trzeba, a mimo to czegoś zabrakło. Dopiero z czasem nauczyłam się nazywać to brakiem duszy.


To chyba najdziwniejszy rodzaj nieudanego spotkania. Nie taki, po którym wiadomo, że coś poszło źle. Przeciwnie. Wszystko może wyglądać dobrze. Zdjęcia mogą być piękne. Można być zadowolonym z technicznego rezultatu. A jednak gdzieś pod spodem pozostaje poczucie, że nie wydarzyło się to, na co naprawdę czekaliśmy.


I nie mam tutaj na myśli, że odpowiedzialność za to leży po jednej stronie. Być może tamta kobieta również wyszła z tej sesji z podobnym uczuciem. Być może również miała wrażenie, że czegoś nie dostała, choć otrzymała dokładnie to, co zostało ustalone. I być może właśnie dlatego tak bardzo wierzę dzisiaj w świadomy wybór.


Nie każda kobieta, która przychodzi do nas, musi być osobą, z którą powinniśmy pracować. I odwrotnie — my również nie musimy być właściwymi fotografami dla każdej kobiety.



To jest chyba jedna z bardziej dojrzałych rzeczy, których nauczyła nas praca. Na początku łatwo jest myśleć, że trzeba przekonać do siebie wszystkich. Że każda wiadomość jest szansą, której nie można stracić. Że jeśli ktoś chce zapłacić za naszą pracę, powinniśmy być wdzięczni i powiedzieć „tak”. Z czasem zaczynamy jednak rozumieć, że powiedzenie „tak” nie zawsze jest oznaką otwartości. Czasami jest po prostu brakiem odwagi, żeby powiedzieć „nie”.


Chcemy wybierać. I chcemy, żebyś wybierała również Ty.


Jeśli przychodzisz do nas tylko dlatego, że podoba Ci się kilka zdjęć na stronie, to być może to wystarczy, żeby napisać. Ale być może w czasie rozmowy okaże się, że szukasz czegoś zupełnie innego. I to też jest w porządku. Nie chcemy przekonywać Cię, że powinnaś chcieć tego, co możemy Ci dać. Chcemy, żebyś sama tego chciała.


Bo jeśli wybierasz nas, chcemy wierzyć, że wybierasz nie tylko zdjęcia. Wybierasz sposób, w jaki będziemy z Tobą pracować. To, że będziemy Cię obserwować. Że zauważymy, kiedy coś nie jest dla Ciebie wygodne, nawet jeśli powiesz, że wszystko jest w porządku. Że nie będziemy zmuszać Cię do gestu, który nie jest Twój. Że będziemy szukać nie tylko najlepszego światła, ale również momentu, w którym naprawdę jesteś sobą.


Wybierasz również to, co dzieje się później. Naszą selekcję. Nasze spojrzenie. Sposób, w jaki patrzymy na Twoje fotografie i decydujemy, które z nich powinny zostać z Tobą. To wszystko jest częścią jednej rzeczy. Nie rozdzielamy sesji na usługę, zdjęcia i całą resztę, która dzieje się wokół. Dla nas to jeden proces.


Dlatego świadomie nie chcemy być dla wszystkich. Nie dlatego, że jesteśmy lepsi od innych fotografów. Nie jesteśmy. Są fotografowie, którzy pracują zupełnie inaczej i robią to wspaniale. Są osoby, które wolą wybrać swoje zdjęcia z dużej galerii, i są fotografowie, którzy chcą oddać właśnie taką możliwość. Nie mamy z tym żadnego problemu. To po prostu nie jest nasz sposób.


My wybieramy inaczej, bo inaczej rozumiemy fotografię. I chyba również dlatego inaczej rozumiemy osobę, która przychodzi na sesję.



Może właśnie dlatego czasem odmawiamy. Oczywiście, w ten sposób tracimy pewne osoby, które mogłyby zostać naszymi klientkami, i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Prowadzimy przecież działalność, żyjemy z tego, co robimy, i pusty termin w kalendarzu pozostaje pustym terminem. Z czasem nauczyliśmy się jednak, że nie każda strata jest rzeczywistą stratą. Jeśli mielibyśmy przyjąć kogoś tylko dlatego, że można sprzedać mu sesję, a później przez kilka godzin próbować stworzyć coś, co od początku nie miało wspólnego języka, prawdopodobnie stracilibyśmy znacznie więcej. Nie tylko czas, ale również coś, co dla nas jest trudniejsze do odzyskania — poczucie, że to, co robimy, ma sens.


Dlatego wolimy zostawić miejsce. Nie wiemy przecież, kto napisze do nas za tydzień, za miesiąc czy za kilka miesięcy. Może będzie to kobieta, która od dawna nosi w sobie myśl o takiej sesji, ale nie potrafi jeszcze powiedzieć, czego właściwie chce. Może przyjdzie z konkretnym obrazem, który ma w głowie od lat. A może napisze tylko kilka zdań i będzie w nich coś, czego nie da się jeszcze nazwać, ale co od razu rozpoznamy jako bliskie temu, co sami próbujemy tworzyć. Dla takich spotkań chcemy mieć przestrzeń.


I chyba właśnie o to chodzi nam najbardziej, kiedy mówimy, że chcemy poznać kobiety, z którymi pracujemy. Nie chodzi o selekcję w znaczeniu oceniania, kto jest wystarczająco odpowiedni, wrażliwy czy interesujący. Nie jesteśmy od tego. Chodzi raczej o wzajemne rozpoznanie. Ty masz prawo sprawdzić, czy to, co robimy, jest tym, czego szukasz, a my mamy prawo sprawdzić, czy jesteśmy osobami, którym chcesz zaufać. To nie musi zakończyć się współpracą. Czasem najlepszym rezultatem takiej rozmowy będzie właśnie świadomość, że powinniśmy poszukać się gdzie indziej.


Ale jeśli te dwa światy spotkają się w odpowiednim miejscu, dzieje się coś, czego nie da się zamówić przez stronę internetową ani dopisać do oferty. Zaczynamy budować zaufanie jeszcze zanim powstanie pierwsze zdjęcie. Później ono przechodzi z nami przez całą sesję — przez rozmowę, ciszę, gesty, śmiech, czasem wzruszenie, przez te wszystkie momenty, których nie da się zaplanować. A kiedy spotkanie się kończy i zamykamy drzwi studia albo wracamy do domu z aparatami przewieszonymi przez ramię, nie chcemy mieć poczucia, że właśnie zakończyła się kolejna usługa. Chcemy raczej myśleć, że spotkaliśmy człowieka, którego historię przez kilka godzin mieliśmy szczęście poznać.


Być może dlatego tak trudno byłoby nam sprowadzić to, co robimy, do przycisku „kup sesję”. Można kupić godzinę w kalendarzu, można kupić określoną liczbę zdjęć, można ustalić cenę i termin. Nie można jednak kupić tego, co wydarzy się pomiędzy dwojgiem ludzi. Nie można z góry zagwarantować zaufania, uważności ani tego szczególnego momentu, kiedy kobieta przestaje myśleć o tym, jak wygląda, i zaczyna po prostu być. Można jedynie stworzyć warunki, w których coś takiego ma szansę się wydarzyć.



I chyba właśnie dlatego chcemy, żeby wybór działał w obie strony. Chcemy, żebyś wybrała nas świadomie, wiedząc, jak pracujemy i co jest dla nas ważne. Ale chcemy też mieć możliwość powiedzenia, że tym razem nie jesteśmy właściwymi osobami dla siebie. Nie z powodu ceny, stylu czy tego, czy potrafimy zrobić dobre zdjęcia. Raczej dlatego, że fotografia, którą tworzymy, zawsze będzie trochę większa od samego obrazu. Będzie zależała od tego, kto stoi przed aparatem, kto za nim stoi i od tego, co wydarzy się pomiędzy nimi.


Dlatego pierwsza wiadomość, którą do nas piszesz, nigdy nie jest dla mnie tylko zapytaniem o termin i cenę. Jest początkiem rozmowy, w której obie strony mogą się sobie przyjrzeć. Ty możesz zobaczyć, czy odnajdujesz się w naszym świecie, a my możemy sprawdzić, czy potrafimy znaleźć w nim miejsce właśnie dla Ciebie. I jeśli któregoś dnia okaże się, że nasze drogi rzeczywiście mają się spotkać, chciałabym, żeby nie stało się to dlatego, że po prostu można było kliknąć i kupić sesję, ale dlatego, że po obu stronach pojawiło się poczucie, że warto się spotkać.

 
 
 

Komentarze


bottom of page