Kobieta w sztuce: od muzealnych portretów do współczesnych sesji kobiecych
- Gabriela Olszewska

- 3 cze
- 3 minut(y) czytania
Są takie miejsca, do których wracam nie dlatego, że wszystko już o nich wiem, ale właśnie dlatego, że za każdym razem odkrywam w nich coś nowego. Dla mnie takim miejscem są muzea.
Kiedy przechodzę przez kolejne sale pełne obrazów, często zatrzymuję się przed kobiecymi portretami. Nie zawsze przed tymi najsłynniejszymi. Częściej przed twarzami kobiet, których imion już nikt nie pamięta. Patrzę na nie i zastanawiam się, kim były. O czym myślały, kiedy malarz prosił je, by usiadły nieruchomo. Czy były szczęśliwe. Czy były zakochane. Czy miały swoje małe marzenia, których nie zdążyły nikomu opowiedzieć.
Być może właśnie dlatego tak bardzo lubię fotografować kobiety. Bo choć od powstania tych obrazów minęły setki lat, pytania pozostały te same.

Kobieta zamknięta w ramie
Przez stulecia kobiety były jednymi z najczęściej portretowanych bohaterek sztuki. Królowe, arystokratki, żony, córki, muzy. Ich twarze trafiały na płótna, które miały przetrwać pokolenia.
Dziś patrzę na te obrazy trochę inaczej niż kiedyś. Nie zachwyca mnie już wyłącznie kunszt malarski czy bogactwo detali. Coraz częściej interesuje mnie człowiek ukryty za wizerunkiem.
Myślę o tym, że każda z tych kobiet miała własne życie. Własne lęki, radości, rozczarowania. Być może niektóre z nich czuły się niepewnie, siedząc przed sztalugą. Być może zastanawiały się, jak zostaną zapamiętane.
W gruncie rzeczy niewiele się zmieniło.
Kiedy dziś kobieta staje przed naszymi obiektywami, również niesie ze sobą historię. Tylko że zamiast zamykać ją w ozdobnej ramie, próbujemy stworzyć przestrzeń, w której będzie mogła opowiedzieć ją po swojemu.
Od muzy do bohaterki własnej historii
Przez długi czas kobieta w sztuce była przede wszystkim czyjąś inspiracją. Muzą. Bohaterką obrazu stworzonego przez kogoś innego.
Dziś coraz częściej sama staje się autorką własnej opowieści.
W swojej pracy spotykamy kobiety w różnym wieku i na różnych etapach życia. Niektóre przychodzą na sesję pełne pewności siebie. Inne już na początku mówią, że nie lubią zdjęć, nie potrafią pozować albo nigdy nie wychodzą dobrze na fotografiach.
I za każdym razem przypomina mi to, jak wiele z nas nauczyło się patrzeć na siebie zbyt surowo.
Tymczasem najpiękniejszy moment sesji przychodzi zwykle wtedy, gdy znika potrzeba bycia kimś innym. Kiedy kobieta przestaje zastanawiać się, jak wypada, a zaczyna po prostu być.
Właśnie wtedy pojawia się prawda.
Nie ta spektakularna. Nie ta instagramowa.
Ta cicha.

Portret, który nie udaje
Przez minione lata nauczyłam się jednego: najlepsze zdjęcia powstają długo przed naciśnięciem migawki.
Powstają podczas rozmowy.
Czasem przy filiżance kawy. Czasem pomiędzy zdaniami. Czasem w chwili ciszy, kiedy nie trzeba już niczego udowadniać.
Wiele kobiet przychodzi na sesję z przekonaniem, że będzie ocenianych. Tak nauczył nas świat. Patrzeć na siebie przez pryzmat niedoskonałości. Zwracać uwagę na to, czego jest za dużo albo za mało.
A przecież człowiek nie składa się z niedoskonałości.
Składa się z historii.
Dlatego nie szukam perfekcji. Szukam emocji. Światła, które zatrzymuje się na twarzy. Zamyślenia, które pojawia się tylko na moment. Spojrzenia, którego nie da się wyreżyserować.
To właśnie wtedy fotografia przestaje być obrazem.
Staje się spotkaniem.
Kobiece sesje jako współczesna forma sztuki
Czasami ktoś pyta mnie, po co właściwie robić sesję kobiecą.
Nigdy nie mam jednej odpowiedzi.
Bo każda kobieta przychodzi z inną historią.
Jedna chce zatrzymać ważny moment swojego życia. Inna świętuje zmianę. Jeszcze inna po prostu chce spojrzeć na siebie łagodniej niż zwykle.
Fotografia ma w sobie coś niezwykłego. Potrafi zatrzymać nie tylko obraz, ale także emocję, która towarzyszyła danej chwili.
Po latach nie wracamy przecież do zdjęć po to, by sprawdzić, jak wyglądałyśmy.
Wracamy po to, by przypomnieć sobie, kim wtedy byłyśmy.
Dlatego coraz częściej myślę o sesjach kobiecych jak o współczesnej formie portretu. Nie takiej, która pokazuje status czy pozycję społeczną. Takiej, która opowiada o człowieku.
O jego sile.
O jego wrażliwości.
O jego drodze.

Między przeszłością a teraźniejszością
Czasami myślę o kobietach, które patrzą na mnie z dawnych obrazów. O tych, które zostały uwiecznione przez dawnych mistrzów i których historie rozpłynęły się gdzieś w czasie.
Potem wspólnie z Mateuszem idziemy na sesję i spotykamy kolejne kobiety.
Nauczycielki. Artystki. Mamy. Studentki. Kobiety stojące na początku nowego rozdziału i takie, które mają za sobą całe życie doświadczeń.
Każda przychodzi z własną historią.
Każda niesie coś, czego nie widać od razu.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo kocham portret.
Nie dlatego, że pozwala pokazać piękno.
Piękno jest tylko początkiem.
Najbardziej fascynuje mnie chwila, w której człowiek przestaje pozować i po prostu jest.
Wtedy światło robi resztę.
I może właśnie dlatego, mimo upływu czasu, od muzealnych portretów do współczesnej fotografii prowadzi ta sama nić. Nie chodzi w niej o modę, technikę ani estetykę.
Chodzi o człowieka.
O próbę zatrzymania jego obecności choćby na krótką chwilę.
A to pragnienie, niezależnie od epoki, pozostaje niezmienne.



Komentarze