top of page

O tym, co wydarza się pomiędzy

  • Zdjęcie autora: Gabriela Olszewska
    Gabriela Olszewska
  • 18 lip
  • 3 minut(y) czytania

Nie znam polskiego słowa, które byłoby równie ciche.


Kiedy studiowałam historię sztuki, pracowałam w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie. Do dziś wspominam ten czas jako jeden z tych, które najgłębiej ukształtowały mój sposób patrzenia. Nie tylko na sztukę, ale też na kulturę japońską i jej niezwykłą wrażliwość na to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka.


Niedawno znów tam wróciłam. Przyszłam właściwie tylko w odwiedziny, ale wychodziłam z myślą, która nie dawała mi spokoju. Pomyślałam, że chciałabym w końcu napisać o pojęciu, które od lat wraca do mnie w różnych momentach życia.


W języku japońskim istnieje pojęcie ma. Tłumaczy się je czasem jako przestrzeń, czasem jako odstęp, czasem jako pauzę. Żadne z tych słów nie jest jednak wystarczające, bo sugerują pustkę, a ma pustką nie jest. Jest raczej miejscem, w którym coś może się wydarzyć właśnie dlatego, że nic nie próbuje wydarzyć się na siłę.


Jest ciszą pomiędzy dwoma dźwiękami, dzięki której muzyka oddycha.


Jest światłem wpadającym przez otwarte okno, zanim zauważymy sam pokój.


Jest chwilą, która mija między jednym spojrzeniem a drugim, kiedy jeszcze nie padło żadne słowo, a mimo to wiemy, że zostaliśmy zrozumiani.


Sosny, ok. 1595, Hasegawa Tōhaku
Sosny, ok. 1595, Hasegawa Tōhaku

Im dłużej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że współczesny świat coraz mniej ufa takim chwilom.


Nie lubimy przerw. Wypełniamy je od razu. Ciszę zagłuszamy muzyką, samotność powiadomieniami, oczekiwanie kolejnym zadaniem. Nawet kiedy rozmawiamy z drugim człowiekiem, często bardziej zależy nam na odpowiedzi niż na tym krótkim zawieszeniu, które pojawia się chwilę przed nią. Jakbyśmy uwierzyli, że wartość istnieje tylko tam, gdzie coś się dzieje.


A przecież najważniejsze rzeczy rzadko rodzą się w pośpiechu.


Nie pamiętam większości rozmów, które prowadziłam szybko. Pamiętam za to te, w których nikt nie spieszył się z kolejnym zdaniem. Te, podczas których można było przez chwilę patrzeć przez okno, nie czując potrzeby natychmiastowego wypełnienia ciszy. To właśnie wtedy człowiek przestaje mówić to, co wypada powiedzieć, a zaczyna mówić to, co naprawdę w nim mieszka.


Myślę, że podobnie jest z patrzeniem.


Przywykliśmy patrzeć szybko. Rozpoznawać. Oceniać. Nazwać i przejść dalej. Wystarczy kilka sekund, żeby zdecydować, czy zdjęcie nam się podoba, czy nie. Kilka kolejnych, żeby przesunąć ekran i zobaczyć następne. W tym tempie łatwo zapomnieć, że patrzenie i widzenie nie są tym samym.


Widzenie potrzebuje czasu.


Potrzebuje tej krótkiej przestrzeni pomiędzy pierwszym spojrzeniem a chwilą, w której naprawdę zaczynamy dostrzegać człowieka.


Krajobraz czterech pór roku (jesień), XV w., Sesshu Toyo
Krajobraz czterech pór roku (jesień), XV w., Sesshu Toyo

Może właśnie dlatego każdą sesję rozpoczynamy od czegoś, co z zewnątrz wydaje się niepotrzebne. Spotykamy się przy kawie. Idziemy na spacer. Siedzimy na kocu. Rozmawiamy albo nie rozmawiamy. Pozwalamy, żeby czas płynął trochę inaczej niż zwykle.


Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko wstęp.


My coraz częściej myślimy, że to właśnie wtedy dzieje się najwięcej.


Jeszcze nie robimy zdjęć.


Jeszcze nie szukamy światła.


Jeszcze niczego nie tworzymy.


A jednak powoli zmienia się sposób, w jaki patrzymy na siebie nawzajem. Znika pierwsza ostrożność. Ramiona opadają odrobinę niżej. Śmiech staje się mniej grzeczny, bardziej prawdziwy. Cisza przestaje być niezręczna.


Nie potrafimy tego zaplanować.


Nie wiemy też, kiedy dokładnie się wydarza.


Może właśnie to jest nasze własne ma.


Ta chwila pomiędzy.


Pomiędzy przyjściem a rozpoczęciem.


Pomiędzy nieznajomą a kobietą, której historię zaczynamy powoli rozumieć.


Pomiędzy napięciem a zaufaniem.


Nie fotografujemy tej przestrzeni.


Fotografujemy to, co z niej wyrasta.


Czasami podczas sesji zapada cisza. Nie taka, która domaga się słów, ale taka, która przynosi ulgę. W takich momentach nie podpowiadamy kolejnej pozy. Nie przerywamy. Nie szukamy następnego kadru za wszelką cenę. Uczymy się czekać.


To czekanie nie jest bezczynnością.


Jest uważnością.


Krajobraz jesienny, XV w., Sesshu Toyo
Krajobraz jesienny, XV w., Sesshu Toyo

Może właśnie dlatego coraz mniej fascynują nas fotografie, które od pierwszej chwili próbują powiedzieć wszystko. Coraz częściej wracamy do obrazów, które zostawiają miejsce dla patrzącego. Do takich, które nie zamykają znaczeń, ale delikatnie je uchylają.


Takie obrazy pamięta się dłużej.


Nie dlatego, że są doskonałe.


Dlatego, że pozwalają nam wejść do środka.


Coraz częściej myślę, że podobnie jest z ludźmi.


Nie zapamiętujemy tych, którzy opowiedzieli nam o sobie wszystko podczas pierwszego spotkania. Zostają z nami ci, przy których mogliśmy przez chwilę pomilczeć. Ci, którzy nie bali się zostawić przestrzeni. Nie dlatego, że mieli mniej do powiedzenia, ale dlatego, że wiedzieli, iż prawdziwe spotkanie rodzi się nie tylko ze słów.


Być może właśnie dlatego tak trudno opisać, czym naprawdę jest sesja fotograficzna.


Można powiedzieć, że trwa dwie godziny.


Można policzyć oddane fotografie.


Można opisać światło, miejsce i porę roku.


To wszystko będzie prawdą.


A jednak nie będzie to cała historia.


Bo najważniejsze wydarza się pomiędzy.


Pomiędzy spojrzeniami.


Pomiędzy oddechami.


Pomiędzy tym, co przyszliśmy stworzyć, a tym, czego żadne z nas nie planowało.


Może dlatego po latach najrzadziej pamięta się samo zdjęcie.


Pamięta się za to spokój, z jakim ktoś pozwolił nam przez chwilę po prostu być.


I myślę czasem, że właśnie z takich chwil składa się życie.


Nie z wielkich wydarzeń.


Z przestrzeni, którą odważyliśmy się pozostawić między nimi.

 
 
 

Komentarze


bottom of page