Nie zakochujemy się raz
- Gabriela Olszewska

- 8 sie
- 4 minut(y) czytania
Czy można zobaczyć jednego człowieka więcej niż raz? Nie pytam o spojrzenie, które rejestruje twarz i zaraz przechodzi dalej, bo takie spojrzenie znamy wszyscy aż za dobrze. Pytam o coś trudniejszego, o ten rodzaj patrzenia, który zostaje na dłużej, który wraca, choć nie został nigdzie zapisany, który nie wyczerpuje się w pierwszej chwili, ale dopiero z czasem odsłania to, czego wcześniej nie umiało się dostrzec. Zastanawiam się nad tym coraz częściej, odkąd coraz bardziej rozumiem, że człowieka nie poznaje się raz, tak jak nie poznaje się raz światła padającego na ścianę albo raz wybranego obrazu, do którego potem wraca się przez lata, za każdym razem trochę inną drogą.
Kiedy byłam w Amsterdamie, oczywiście poszłam do muzeum oglądać mistrzów. To był jeden z tych dni, w których człowiek wie, że czeka go coś ważnego, choć jeszcze nie potrafi powiedzieć co dokładnie. Pojechałam tam przede wszystkim dla Rembrandta, bo to jego obecność była dla mnie punktem odniesienia, czymś niemal fizycznym, jakby sam fakt zobaczenia go na żywo mógł na chwilę uporządkować we mnie wszystkie wcześniejsze skojarzenia, jakie narosły wokół jego malarstwa. Dopiero później, już po powrocie, kiedy obraz i doświadczenie zaczęły się we mnie układać, zrozumiałam, że to nie wielkość muzeum, nie historia sztuki i nie sama wystawa zostały we mnie najdłużej, tylko coś znacznie cichszego: sposób, w jaki wielcy malarze patrzyli na kobiety.
Vermeer zostawił we mnie pokój, w którym nic się nie dzieje, a jednak właśnie tam dzieje się wszystko. Rembrandt zostawił pytanie o to, jak długo można patrzeć na tę samą twarz i wciąż widzieć w niej coś nowego. I może dlatego od tamtej pory coraz częściej wracam myślami do Saskii. Była jego żoną, jego modelką, kobietą, którą malował wielokrotnie, i to właśnie w tych powrotach do jej twarzy zaczyna mnie najbardziej interesować nie tyle historia sztuki, ile historia spojrzenia. Bo portret, jeśli jest prawdziwy, nigdy nie opowiada wyłącznie o osobie portretowanej. Opowiada też o tym, kto patrzy, jak patrzy i co w tym patrzeniu się zmienia.

Patrzę na kolejne przedstawienia Saskii i myślę, że niewiele rzeczy w życiu mówi o człowieku tak dużo, jak sposób, w jaki wraca do tej samej osoby. Nie do jakiejś idei osoby, nie do wspomnienia, nie do wyobrażenia, lecz właśnie do konkretnej twarzy, do jej światła, do jej obecności. W tym powrocie jest coś znacznie bardziej poruszającego niż w pierwszym zachwycie. Pierwszy zachwyt bywa jeszcze łatwy, bo niesie w sobie świeżość, napięcie, odruch nowości. Ale dopiero powracanie do kogoś, kogo się zna, kogo się widziało już w różnych porach dnia i życia, pokazuje, czy spojrzenie umie się pogłębić. Ja sama wierzę coraz mniej w jednorazowe olśnienia. Coraz bardziej wierzę w spojrzenie, które nie musi być spektakularne, żeby było prawdziwe.
To właśnie dlatego tak bardzo poruszają mnie portrety. Nie te, które chcą od razu wszystko pokazać, nie te, które zamykają człowieka w jednej definicji, ale te, które zostawiają miejsce na niedopowiedzenie. Kiedy patrzę na Saskię, widzę nie tylko kobietę uchwyconą przez wielkiego malarza, lecz także ślad relacji, która musiała być czymś więcej niż pojedynczym spotkaniem. Musiała być czasem, nawracającym się gestem uwagi, zgodą na to, by ta sama twarz wciąż domagała się nowego spojrzenia. I myślę sobie wtedy, że może właśnie na tym polega najgłębsza forma bliskości: nie na tym, że wiemy wszystko od razu, ale na tym, że chcemy wracać i wracać, jakby człowiek nigdy nie był dokończony w jednym obrazie.

Przychodzą mi wtedy na myśl kobiety, które spotykamy podczas sesji. Bardzo często zanim jeszcze zaczniemy pracować, słyszę niemal to samo zdanie: że nie umieją pozować, że źle wychodzą na zdjęciach, że nie wiedzą, co zrobić z dłońmi, że nie lubią patrzeć na siebie w obiektywie. Słucham tego uważnie, ale coraz częściej mam w sobie przekonanie, że to nie jest ich prawdziwa opowieść, tylko raczej to, co przez lata zostało im o nich samych powiedziane albo co same zdążyły o sobie pomyśleć. Dlatego nie zaczynamy od aparatu. Zaczynamy od kawy, od rozmowy, od spaceru, od tego, żeby ktoś mógł przez chwilę przestać się pilnować. Bo ja naprawdę wierzę, że człowiek nie odsłania się wtedy, kiedy chce wypaść dobrze, tylko wtedy, kiedy przestaje się kontrolować z każdej strony.
Może właśnie dlatego fotografia, którą tworzymy, nie jest dla mnie polowaniem na najlepszy kadr. Jest próbą zobaczenia człowieka tak, żeby nie zgubić jego zmienności. Żeby nie udawać, że jedna poza wystarczy. Żeby nie narzucać ciału czegoś, co wygląda ładnie, ale nie jest prawdziwe. Zawsze zwracam uwagę na to, czy coś jest wygodne, czy ktoś naprawdę może tak siedzieć, czy oddech jest swobodny, czy napięcie nie mówi czegoś innego niż uśmiech. Bo ciało wie wcześniej niż słowa. Czasem ktoś mówi, że wszystko jest w porządku, a ja widzę, że nie jest, i wtedy szukamy innego ułożenia, innego światła, innego sposobu bycia w tej chwili. Nie po to, by wykonać poprawkę na obrazie, ale po to, by człowiek mógł poczuć się w nim naprawdę obecny.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że Rembrandt nie malował Saskii po to, żeby ją zatrzymać. Malował ją, bo ciągle jeszcze chciał ją zobaczyć. To niewielka różnica, ale właśnie takie różnice budują wszystko, co najważniejsze. Zatrzymać i zobaczyć to nie jest to samo. Zatrzymać oznacza czasem zamknąć w obrazie. Zobaczyć znaczy pozostać otwartym na to, że człowiek nie kończy się na jednym wizerunku. I może dlatego tak trudno napisać o Saskii bez mówienia jednocześnie o sobie, o swoim patrzeniu, o swoich próbach rozumienia drugiego człowieka. Bo w gruncie rzeczy wszyscy szukamy tego samego: sposobu, by spojrzeć jeszcze raz, tym razem trochę uważniej, trochę łagodniej, trochę dłużej.

Kiedy wracam do tej myśli, wracam też do naszego własnego zawodu, do kobiet, które stają przed nami podczas sesji, do tego krótkiego, ale bardzo ważnego momentu, kiedy przestają walczyć ze swoim obrazem i zaczynają pozwalać sobie na obecność. I wtedy mam poczucie, że właśnie o to chodzi w całym tym patrzeniu: nie o stworzenie jednej wersji człowieka, ale o danie mu szansy, żeby zobaczył siebie jeszcze raz. Nie jako odpowiedź. Nie jako efekt. Raczej jako pytanie, które dopiero zaczyna się otwierać. Może właśnie dlatego nie zakochujemy się raz. Uczymy się patrzeć wiele razy na tę samą osobę, a czasem najtrudniejsze i najpiękniejsze spojrzenie wcale nie dotyczy drugiego człowieka, tylko tego, czy potrafimy z podobną czułością spojrzeć na siebie.



Komentarze